sobota, 20 grudnia 2014

FLINT - ZŁA SŁAWA

Koka Beats 2014
          
1. Zła sława
2. Całe życie na supporcie 
3. Moja pierwsza groupie 
4. Wracam do domu 
5. Mój pies 
6. Śpiew syreny 
7. Tylko hajs
8. Chcę cię jeszcze więcej 
9. Zyrtec 
10. Deadline 
11. Jestem skończony
12. K.O. 
    
    Czwarta płyta Flinta to opis rappera będącego na dnie i okrytego złą sławą. Tak przynajmniej mówi sam Flint - do album antyflintowy. Można by się zastanawiać, co ten gość pierdoli? Chwyt marketingowy, czy co? Poprzednia płyta nie była wcale aż taka zła, żeby się tu kajać przed słuchaczami...
    Już na poprzednich płytach klimat płyt Flinta został jasno określony - elektronika i nowoczesność. Takie bity zapewnili Udar, DJ Flip, Luxon, Barthvader, Vinylstealer i Salvare. To nie są jednak żadne cloudy, rozmymłane bezbitowe wyjce - tu co numer to banger. Weźcie DJ Flipa, młody naprawdę nieźle ogarnia trap-dubstep biznes i te jego podkłady (np. 'Całe życie na supporcie') wrzynają się w głowę jak wiertarka. To ciężkie, klubowe syntetyki. Choć szczerze mówiąc najbardziej wchodzą mi tu podkłady Luxona (siekający w łeb 'Moja pierwsza groupie', lekko funkujący trap 'Mój pies', oszczędny 'Zyrtec'), bo on umiał najlepiej poskładać te bengiery w naprawdę ruszające głową podkłady. A może podobają mi się dlatego, że wyraźnie słychać tu spuściznę Złotej Ery, pomimo, że są to bity elektroniczne. I pomimo, że te nuskule nie są mi bliskie, to wyznam, iż ta muza do mnie trafia, jest bardzo konkretna i potrafi rozruszać kark do kiwania i nóżkę do podskakiwania. Porządny materiał. 
    'Chcę was wszystkich zarymować na śmierć'... I to sam. Bo tu nie ma żadnych gości, Flint uprawia autolincz i czuje się z tym nieźle. Co do tego, że to dobry rapper, nie trzeba się chyba kłócić, bo i flow wraz z techniką oraz patenty na urozmaicenie kawałka są tu naprawdę przednie. Czasami jednak Flint zawodzi, kiedy weźmiemy lupę i przyjrzymy się tekstom. Owszem, sporo tu autoironii (np. skarga do świata, że nie wyłazi poza bycie supportem dla wszystkich rapperów - ale może o czymś to świadczy...? Hę?), wiele tu pojedynków z damami różnorakiego autoramentu. Jest ciekawie, Flit, jako osoba, wypada tu blado i stawia się w przegranej sytuacji - przecież lubimy, jak ktoś ląduje mordą w błocie, c'nie? I właśnie chyba na to liczy autor, że dzięki swojej postawie umartwiającego się i biczującego (ej #Bitch!) chłopaczka, ludzie to kupią. Hejterzy będą mieli pożywkę. Ci bardziej dociekliwi odnajdą tu raczej sprytnie zakamuflowane peany ku chwale samego Flinta - taki #Julian_Tuwim jego mać. Ale znalazłem tu również parę wpadek: to, że 'pamięć' najlepiej rymuje się z 'pamięć' to jasne. Kilka niewpasowanych wersów też wpadło - ale to margines, tak jak jakieś nieudane porównanie. W sumie nie ma na co narzekać.  
    Jakikolwiek nie byłby cel wydania płyty w takiej formie, Flintowi się udało. Jak sam mówi, nie będzie to płyta roku, ale jest bardzo porządny materiał i myślę, że to Flintowi wyszło. Choć nawet 'stuknęło 25 lat i nadal nie dzieje się nic'. Coś tam się dzieje. Zadziała się całkiem fajna płyta. Nawet, jeśli Flint jest skończony, bo mu nie wyszło tak, jak chciał.

OCENA: 4+\6


czwartek, 18 grudnia 2014

TAU - REMEDIUM

Bozon 2014

1. Pierwsze tchnienie
2. Bóg rapu
3. Lato 2000
4. Made in serce   feat. ZEUS
5. Logo land
6. BHO    feat. BEZCZEL
7. Magiczne słowa
8. Maria Konopnicka     feat. BUKA
9. Godline   feat. LECRAE
10. List motywacyjny    feat. PALUCH
11. Ostatni raz
12. Łzy
13. Nawigator   feat. KALI
14. Remedium
15. Radio Kielce
16. Cudotwórca
17. Puk puk

    Medium... ops, sorry, znaczy Tau, przeszedł metamorfozę nie tylko imienną, ale także duchową. Trzeci album wydał już na swoim, sumptem własnej wytwórni, założył fundację i twierdzi, że ma remedium na nasze pytania, troski i bóle. Czy tym remedium, tym lekiem jest Bóg? Nie wiem, czy to jest takie proste...
    Tau robi sobie sam bity - w większości, bo jest tu parę wyjątków. Jednak sam sobie wyznacza kurs, to kierunek znany nieco z poprzednich albumów. Klasyczne, jazzujące brzmienie, na bumbapowych perkusjach, fajnie kiwa głową. Sample, które wyszukuje Tau nie zawsze są oczywiste, zresztą, to nie tylko sample, ale i żywe instrumenty, które pobrzmiewają tu i ówdzie. Żeby nie było nudno, dla lekkiej zmiany klimatu zatrudnieni zostali tu również inni producenci. Zdolny dał trzy bity, tętniące elektronicznym bitem, inspirowane nieco Pharellem Williamsem (Made in serce), ale również takie klasyki w stylu reszty od Taua. Dwóch pozostałych bitmejkerów to Gawvi z Miami - niekoniecznie zawsze hip hopowy, ale za to całkiem sprawny, a także Chris Carson, z nieco bardziej elektronicznym bitem. Rapper postawił na zróżnicowanie brzmień, ale na szczęście nie przekracza pewnych granic, które uczyniłyby z płyty soundtrack, czy przypadkową składankę. Wszystko jest spójne i nawet jeśli klimat nagrań może być naprawdę różny, składa się to na fajne brzmienie.  
    Tau zaczął brzmieć znacznie bardziej przejrzyście. Nie ma tych zawoalowanych metafor, pokrzyżowanych wątków, które się wzajemnie znoszą. Tau opowiada nam tu swoją drogę od birbanta i hulaki, aż po gorliwego chrześcijanina. Rapper to emce z prawdziwego zdarzenia, bo potrafi zarządzać ceremonią jak prawdziwy mistrz. Jego flow, choć lekko kanciaste, jest charakterystyczne i wchodzi w uszy. Do tego głos jest modulowany, Tau próbuje śpiewać, co na początku w 'Bogu rapu' nieco kłuło mnie w uszy, bo brzmi to... szczególnie. Ale daje radę, choć z przymrużeniem oka. Na szczęście Tau nie gada tylko o bogu, bo byłoby to absolutnie nieznośne. Znajdziemy tu numery, traktujące o swoich byłych i obecnych, o ojcu, o ukochanym mieście Kielce, czy piętnuje szczycenie się metkami na ciuchach. Do tego jego boskiego rymowania podłączonych jest kilku gości, szczerze mówiąc dobranych według nieco szczególnego klucza. Doktor Zeus rozpieprzył system i uczynił 'Made in serce' jednym z lepszych traków na tym albumie. Wybitne wejście, tak tekstowo, jak i technicznie. Bezczel i Buka wypadli dość przeciętnie, choć akurat Buka ma niezły tekst, natomiast zaczyna mnie irytować jego maniera wokalna, imitująca białoruskiego kombajnistę po trzech flaszkach. Za to Paluch ma bardzo pozytywne wejście i brzmi tu naprawdę na miejscu. Za to niemal nie zarejestrowałem Kalego. Na osobne słowa zasługuje Lacrae, amerykański przedstawiciel christian rap, który ubarwia doskonale kawałek. No i naturalnie wokalistki, z miłymi głosami, które lecą od delikatnie gospelujących wokaliz, po refreny w części kawałków.
    Nie spodziewałem się, że album o Bogu - do którego przyznam, jest mi bardzo daleko, to trafia do mnie ta płyta. Raz, że oparta jest o świetne, bujające podkłady, dwa, że Tau brzmi nieźle, a goście są co najmniej poprawni, trzy, że Medium wreszcie wie, o czym mówi i ma to jeden wspólny mianownik. Płyta pozytywna i nie tylko dla głęboko wierzących katolików. Super.

OCENA: 5\6  


środa, 17 grudnia 2014

BUCZER - EMOCJE

Detox 2014

1. Realistyczny Sen
2. Miejsca
3. Emocje   feat. ZELO
4. Co Za Dużo
5. Mrok   feat. ANGIE
6. Mogę
7. Niepewność   feat. KROOLIK UNDERWOOD
8. Love Song
9. Bekstejdż    feat. ZELO
10. Stare Zdjęcia
11. Jedna Szansa
12. Co Zostanie Po Mnie    feat. MEG
13. Próbują
14. Niedostosowani   feat. RAS LUTA
15. Zwykły Chłopak
16. Życie   feat. LUKA

    To ma być najbardziej szczery album w dyskografii Buczera. Przedstawiciel PTP mówi, że zwolnił tempo, osiadł nieco i wypuścił bardzo przemyślany krążek o emocjach, które targały jego życiem przez ostatnich parę lat. Faktycznie, okładka pełna jest emocji, każdy kawałek ma swoja własna grafikę. Tylko czy ten album trafi w ucho, czy wypadnie drugim...
    Buczer poszedł na współpracę z kilkoma producentami, którzy wykonują bardzo nowoczesne, trapowe bity. Po kilka podkładów oddali Lucesh i Melobeats i to oni wyznaczają kurs swoimi oszczędnymi, klapiącymi perkusjami, których głównym markerem są setki hajhetów. Na tych pudełkowych werblach pobrzękują komputerowe basy i melodyjki z syntezatorów. Po dwa numery pochodzą od Juicy'ego i Świerzby - te, które zrobił Juicy ('Co za dużo' i 'Życie') są chyba najlepsze na tym krążku - mają fajny wajb i nieźle kręcą - zwłaszcza 'Co za dużo' ze świetną pracą DJ Soiny. Cała reszta to Peter, Talar, Jędras, Sebastian Tomczyk i Johnny - jest tu dość różnie - mało jest bangerów ('Mogę' Petera, 'Bekstejdż' Melo, czy 'Próbuj' Świerzby), większość bitów ogólnie leci na emocjach tych bardziej sentymentalnych, niż mocnych. I tylko jeden jedyny numer wymyka się poza konwencję: to wybitnie klasyczny 'Niedostosowani' Tomczyka, który brzmi jak wyjęty z lat '90. Dla odmiany Jędras w 'Jednej szansie' poszedł wręcz w techno. Z tego wynika, że muza jest tu zupełnie nowoczesna (z jednym wyjątkiem), ale dość zróżnicowana. Jednak nie powiem, abym był specjalnie urzeczony klimatem, raczej jest nie najgorzej. 
     Zawsze lubiłem Buczera, bo ten koleś pasuje na te crunki i trapy, jakby jego matka słuchała tych rzeczy z nim w ciąży. Choć to oczywiście niemożliwe, to coś w tym jest, bo rapper ma świetne wyczucie połamanych bitów. Nieco zachrypnięty wokal w momentach pasji i tam, gdzie wchodzą pancze, lżejszy podczas rozkminek życiowych... Buczer mi się nie nudzi. Jednak jest w tym wszystkim coś, co nie pozwalało mi się w pełni cieszyć tym, co Buczer wyskrobał. Może nie chodzi tu o zbytni ekshibicjonizm, bo wszystkie teksty opowiadają o samym Buczerze - nawet jeśli daje on pancze w kierunku słabych i hejterów. Wszystko jest ok, ale trochę bez wyrazu. Może rapper zbyt przeładował emocjami ten album, a może to są na tyle jego prywatne emocje, że do mnie słabo docierały. Nie wiem, ale zupełnie nie odczuwałem tych stanów, jakie przedstawiał mi Buczer. Do tego goście, którzy odgrywają zupełnie marginalną rolę - z wyjątkiem Ras Luty, z którym obaj stworzyli fajny, bujający numer. Owszem, wpadło mi tu w ucho kilka niezłych kawałków, ale to nadal nie jest to, czego oczekiwałem po szumnych zapowiedziach i poprzednich albumach.
    Buczer spuścił z tonu, przestał szarżować, co sprawiło, że przeszedłem obok tego albumu trochę obok. Podobają mi się 'Co za dużo', 'Niepewność', 'Bekstejdż', czy 'Niedostosowani', ale to nawet nie jest nic takiego, co wrzuciłbym na powerplay do mojego odtwarzacza. Chciałoby się powiedzieć - 'Zwykły chłopak', zwykła płyta.

OCENA: 3+\6


wtorek, 16 grudnia 2014

HADES & EMADE - CZASOPRZESTRZEŃ

Prosto 2014

1. Doskonałe Proporcje
2. Muzyka z Brodą
3. Robo Ty
4. Pełny Słoik
5. Dziewięćdziesiątki
6. Proste Słowa
7. Sumo Rap
8. Nigdy w Życiu
9. Dziwki i Dilerzy
10. Nie Przestaniemy
11. Bieg po Linie
12. Już po Mnie
13. Za Daleko od Słońca     

    Drugi album Hadesa to ma być kolejny krok. Czy w przód, czy w tył, to się okaże. Galus tym razem nie pojawia się na materiale - całość została powierzona Emade, co jest o tyle dziwne, że przecież ciężko uświadczyć jego bity na jakiejkolwiek rapowej produkcji, w której nie bierze udziału Fisz.
    Emade, zgodnie z oczekiwaniami, dał muzykę, która zakrzywia tę czasoprzestrzeń. Bierze swój początek w latach '90, ale tę pięciolinię producent wygina i przekręca, przebiegając przez rozmaite punkty. A to nieco jazzu, z tej strony wchodzi ambient, już to brzdąkają elektroniczne wstawki, a z kolei tu grają żywe klawisze przeróżnej proweniencji. Jakby tego było mało, w 'Dziewięćdziesiątkach' mamy czysty oldschool, niczym z pierwszej płyty LL Cool J, czy Kool Moe Dee - nieco uzupełniony brzęczącym basem z nowej ery. Muza płynie z wolna poprzez werble, bez pośpiechu, choć klimat różni się pomiędzy trakami. Jedyny pośpiech wprowadzają tu cięcia Kebsa, który dokłada swoje pięć groszy do całości. Razem, Emade i Kebs, stworzyli udaną całość.
    Hades jasno określa swój genesis: 'Byłem przedtem nie było nikogo \ No, trochę czasu minęło wiadomo \ Jestem z ery commodore na kasety \ Zakurzone Vhs-y, niemieckie porno i disco polo \ Złote lata 90'. I tkwi tu on jak korek w wiekowej butelce wina, której nie otworzysz, bo jest warta fortunę, a istnieje obawa, że owo drogie wino skisło. Dlatego ten korek siedzi na swoim miejscu. I Hades też w tym siedzi. On ma te 'proste słowa', które maja tę zaletę, że trafiają w samo sedno. Rapper na świetny i charakterystyczny głos, taki właśnie z czasów '90. Gruby styl, gruby flow. 'Wszystko ma być dobrze doprawione i niezdrowe i nie powiesz, że pierdolę się z cholesterolem \ Wylewam olej słonecznikowy pod nogi wrogom i nie potrzebny pistolet - wystarczy beef strogonov \ Trzeba dużo jeść żeby potem grubo na mikrofon wejść, mogę go zgnieść, nabieram kilogramów \Na bank nie wytrzyma tego ciężaru, brzuch pełny kebabów - Sumo tak odbiera wpływ islamu' - niech mi ktoś powie, że te wersy są słabe... Had ma tę umiejętność, że choć nie opowiada nic odkrywczego, sposób, w jaki to robi, jest wyborny. I te pięćdziesiąt minut jest zagospodarowane właściwie, bez gości, bez wypełniaczy. Had jest w formie.    
    Kolejna świetna produkcja Hadesa. Solowa, dodajmy, choć ani Haos ani Kontakty nie były przecież złe. Świetne wersy Hada uzupełniają ciepłe i przemyślane bity Emade oraz skrecze Kebsa. Razem, we trójkę, tworzą zespół silny. Nie jest to może płyta roku, bo brakuje mi tu czasem jakiegoś większego jebnięcia, które postawi na nogi, ale to, co robią tu panowie, to dzieło.

OCENA: 5-\6


poniedziałek, 15 grudnia 2014

POPEK - MONSTER 2

Wag Wan 2014

1. Wake Up    feat. ZIOMALE NA BANICJI, EMILEE BOYCE 
2. I’m Calm   feat. RONSTER BGR
3. Don’t Come To My Ghetto    feat. GOLDIE 1
4. Big Crimes   feat. BIG H
5. Don’t Trust Bitches   feat. LIL NASTY
6. Sinner   feat. MASŁO
7. New Generation   feat. MERKY ACE, KOZZIE
8. Unstoppable   feat. OLSEN, YOUNGBEZ, PORCHY, NIZIOŁ, ZUZ ROCK, J GRANDE, FU
9. Street Code   feat. RECIEVER, NIZIOŁ
10. Sweet Tulip   feat. LAUREN QUARTERLY, PAT, IZZY
11. Monster   feat. KAEN, PORCHY
12. I am    feat. PANIKA
13. London Don’t Believe In Fear   feat. JAHNA SEBASTIAN, MERKY ACE, NON KONEKSJA, TKO
14. Massacre    feat. DOUBLE S
15. One More Kiss   feat. BIG NARSTIE, RAE MAC
16. Paperchase    feat. ENGLISH FRANK, RAE MAC 
17. Lets Get It   feat. JOE GRIND
18. Rydah 4 Life   feat. CHRONIK
19. Anger    feat. MONICA MICHAEL
20. Scars and Stitches    feat. STITCHES
21. Connect    feat. THE GAME
22. Outro    feat. FRISCO
    
    Tja. Możesz sobie gadać, że Popek jest jebnięty. Wytatuował sobie gałkę oczną, pociął twarz, wisiał na hakach, robi coś z zębami na złoto - i co z tego? Człowiek, który nie ma chyba żadnego wykształcenia (no dobra, zna języki), wygląda jak Hulk po przeszczepach, siedzi na emigracji w Anglii, robi istny rozpierdol (bo tego się inaczej nie da określić) swoimi nagraniami. Przedpremierowy kawałek 'Dirty Diana', choć nie znalazł się na albumie, przyjął się doskonale i propsowali go niemal wszyscy. Śmiano się z planów nagrania z Game'em - i co? Chujów sto, jak mawiał klasyk.
    Anamate, Monsterstarz, Wagwan, Wisper, Thomas Mellor, Auer, Deeco, Basic, Muki, DJ Limelight, Delerious, Basilisk... I tak nikt nie kojarzy tych ksywek. Brytyjsko-emigracyjna mieszanka producentów dała iście wybuchowy materiał. Do cna nowoczesna płyta, czerpiąca juz nie tylko garściami, ale całą koparką ze spuścizny grime, garażu, trapu, dubstepu i całej pozostałej nowoczesnej reszty, której ja nie rozróżniam i doprawdy nie wiem, czym różni się jeden od drugiego. Dość, że jest plastikowo jak w fabryce lalek dmuchanych, a basy bardzo często wiercą ci dziurę we łbie. Jednak nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie jest zła muzyka. O ile kawałek na wejście jest strasznie słaby pod każdym względem, to już następne, zwłaszcza 'Don't come to my ghetto' z Wagwan Prod., czy 'Sinner' od Auer Prod. niszczą. Deeco w 'New generation' brzmi, jakby jego samego podłączono do prądu. 'Street code' od Muki'ego rzęzi ciężkimi gitarami. Bez kitu, choć nie jestem fanem tych elektroników, przyznam, że jeśli mam tego słuchać, to niech to będzie to brytyjskie gówno, które wysmażono dla Popka. To kurestwo urywa łeb przy samej dupie i nie daje momentu na oddech - jedyna wadą jest wspomniany kawałek na wejście - niemal skutecznie mnie odstraszył od dalszych eksploracji albumu. Ale na szczęście zostałem przy głośnikach i nie żałuję.  
    'To jest Monster 2 a nie Maryla Rodowicz' - diablo celna pointa. Sam Popek może i nie jest wirtuozem, tfu, dobrym rapperem, ale jest szczery, pewny siebie i ma siłę. Te wersy są proste jak budowa cepa, flow toporne, tematy od uliczno-klubowych, po horrorcore. Ale Popek występuje tu raczej z pozycji bossa, który rozdaje karty, wcale nie musi być świetny - choć przy gościach, przynajmniej tych z Polski, naprawdę świeci. Bo Ziomale Na Banicji, którzy otwierają płytę to pomyłka, naprawdę. Na plus zdecydowanie wchodzi Masło, reszta naszych gwiazd nie sprawdza się za bardzo: ani Kaen, ani Non Koneksja, ani Olsen, warczący Nizioł, ani broń Boże Fu. Polski wokal damski w 'Sweet tulip' to istny dramat, za to Panika naprawdę daje radę. Znacznie lepiej wypada tu brytyjska scena garażowa, zwłaszcza Goldie 1 jest klasą samą dla siebie. Trochę rozczarował mnie Big H, kreowany na jedną z gwiazd brytyjskiego grajmu - wypadł cienko i mało przekonująco. Za to The Game, zgodnie z oczekiwaniem, rozwalił kawałek i jest chyba najlepszy z rymujących na tym albumie.
    I co z tym Popkiem? Ma was w dupie i wasze narzekanie. Zaprosił sobie znanych Brytyjczyków, spłacił The Game i ma album, którego nie musi się wstydzić. A że brzmienie jest brytyjskie? A jakie ma być, skoro nagrał to w Londynie? Poważnie, choć sfera liryczna często kuleje, to jednak ten album to bomba. Może nie Popek krul, ale może chociaż ksionsze.

OCENA: 4\6   


niedziela, 14 grudnia 2014

DIOX - 7 MINUT PO ŚMIERCI

Prosto 2014

1. W toku
2. Polskie nagrania
3. Żywioły    feat. MOSAD
4. Oni tego chcą
5. Wiemy
6. Kto jak nie my
7. VaBanque    feat. MOSAD
8. Chcemy sięgać gwiazd   feat. PELSON, ELDO
9. Jestem wolny
10. Kosmos    feat. FRENCHMAN
11. Nocą błądzą    feat. PARZEL, MAŁACH
12. Polski (t)rap
13. Nim odejdę stąd     feat. CHADA
14. Nie wiem co to    feat. MOSAD
15. Jesteś uśmiechnięta
16. 4am Warsaw

    Trzecia solówka członka Hi Fi Bandy, jak to się ostatnio w jego wypadku przyjęło, powitana została dość chłodno. Internetowi hejterzy wieszają na Dioxie psy, wyzywają od najgorszych, ten jednak nie daje się wciągać, tylko zaprasza na kolejny album. Już sama okładka przyciąga wzrok, jest niebanalna, tylko te luźne kartki w środku - po jednej na kawałek, jakby skądś już znane. Czy tak będą wyglądały wszystkie płyty od Prosto?
    Diox zrezygnował z całkowitych usług The Returners - zamiast tego poszedł na różnorodność i eksperymenty. Oczywiście, Returnersi pojawiają się tutaj, ale tylko w jednym, klasycznym kawałku, który otwiera album. Zresztą, wszyscy producenci występują tu pojedynczo - poza Sir Michem, który zostawił na płycie prawie połowę muzyki. Jego bity to nowoczesna muza, z mnogością syntezatorów i połamanych plastikowych perkusji. Producent daje tu trapy i cloudy, czy jak się tam te nowe podgatunki nazywają. Niektóre, owszem, są mocne i trafiają w punkt, jednak nie wszystko, co dał Sir Mich mnie osobiście poruszyło. 'Oni tego chcą' jest w typie tej muzy, jakiej nie znoszę, przeromantyzowanej, w dodatku z słabiutkimi wersami.  Poza Michem, występują tu również Młody GRO z dość oczywistymi 'Żywiołami' w stylu nowojorskiego rapu  początku XXI wieku, Ślimak, którego osobiście lubię, jednak w 'Wiemy' średnio pokazał pazury - ot, zwykły truskul. Śmieszny, karaibski party-track 'Kto jak nie my' dał IGM. Fabster z kolei to taki sympatyczny podkład do 'Va Banque' - energiczny, choć nie agresywny, taki, to którego machasz głową. Podobnie jest u Boneza z fajnym, bujającym klasycznym trakiem. Niezły bit wyszedł od Szczura, bo 'Noce błądzą' pulsują funkowym basem i właśnie takim 'nocnym i zadymionym' klimatem. Poszwixxx wjechał z dość nietypowym dla siebie numerem mocno inspirowanym oldschoolem - całkiem niezły. Zetena to bezpłciowy 'Nim odejdę stąd'. Płytę kończy Cast Away z instrumentalem dobrze oddającym tytuł - czwarta nad ranem. Na plus należy zaliczyć sporą ilość skreczy, swoje umiejętności prezentują tu DJ Flip, DJ Kebs i DJ Chwiał.
    Nie możesz powiedzieć, że Diox nie ma skillsów. Rapper płynie, ma umiejętność trafiania z rytmem w te zróżnicowane podkłady - ale nie zawsze brzmi to dobrze, zwłaszcza, kiedy przestawia akcenty, aby być poprawnym na bicie. Najlepiej słychać to w 'Oni tego chcą', gdzie z fatalną wymową niszczy angielskie nazwy i zwroty, akcentując słowa jak emigrant z Salwadoru. Błagam, Diox, nie używaj więcej angielskiego... Weź 'Każdy idzie na swój Mount Blanc \ Watch your back, watch Cartier \ Za oknami chcą panoram \ Light Las Vegas, Skyliner \ Hi, I’m high \ Hi, I’m nice \ Hi, I’m cool \ Jak brzmi to fajnie' - nie fajnie, choć hasztag z tym Cartierem jest akurat niezły. I niestety, sporo z tego, co mówią o Dioxie to prawda. Nikt tak nie potrafi pierdolić banałów, jak właśnie Diox. Owszem, jest tu trochę lepszych wejść, ale generalnie z każdą płytą wydaje mi się, że rapper coraz bardziej się rozmywa i rozwadnia. Tu w zasadzie nie ma na czym zawiesić ucha, bo Diox przelatuje 'jak Air Force 1' przez uszy. Jedyne zwrotki, które zostały mi na dłużej, to te Pelsona i Eldo, bo reszta gości też średnio daje radę. Mosad jest zwyczajnie średniutki, Parzel i Małach ('enedue fake dupa' - co to kurwa za wers?) raczej przeciętni, bo Chada, jak Chada - 'ciągle wersy z pudła'. Miałkość.
    Kurde, kolejna płyta, która nic nie wnosi. Ok, da się tego słuchać. Ok, choć muza jest różna, czasem zupełnie nijaka, jest parę lepszych podkładów - ogólnie przeciętnie. Diox? Czasem lepszy, częściej byle jaki. To bodaj najsłabszy krążek Dioxa. Podsumowując, przeciętna płyta. Po całości.

OCENA: 3+\6 


sobota, 13 grudnia 2014

B.O.K. - LABIRYNT BABEL

Aptaun 2014

0. Narrenturm
1. Legion głosów
2. Mindfuck
3. Babel
4. Flaki
5. Podróż
6. Widziałem
7. Jurodiwy
8. Opowiedz mi o swoich planach
9. Nic przez c z kreską
10. Prometeusz
11. Deus ex machina
12. Miecz czy bicz
13. Pielgrzym
14. Brzytwa Ockhama     

     Bydgoscy muzycy (bo myślę, że B.O.K. to coś więcej, niż tylko 'ten rapowy skład') powracają z kolejnym syfem do wepchnięcia w twoje uszy. Album już zbiera poklask, choć nie brak głosów o tym, że hip hop to nie kurwa wieczorek poetycki i nikt nie rozumie, o czym Bisz pierdoli. Prawda jak zwykle zapewne leży po środku, ale ja to muszę obadać na własne uszy. 'W Stronę Zmiany' pozostawił po sobie dość pozytywne wrażenie, choć nie wracam często do tego krążka - znacznie częściej do solowego Bisza. I z tymi mieszanymi uczuciami wlazłem w ten 'Labirynt Babel'.
    Muzyka, którą sprawił Oer nie jest czymś, do czego znajdziesz porównanie i odnośnik na całej naszej scenie. To złożona muzyka, grana na żywo przy użyciu instrumentów: perkusji, basu, gitar, skrzypiec, czy klawiszy. Wcale nie oznacza to, że dostajemy jazzowy flejwor spod znaku The Roots. O nie! Te bity są poskładane jak puzzle z 10.000 części. Ubarwione samplami, skreczami DJ Paulo, zmianami tempa, wokalami Kay'a. Nie jest to muzyka najłatwiejsza w odbiorze, często nieco może drażnić swoim brudnorockowym feelingiem, zbyt ambientowym wajbem, czy sznytem rodem z festiwalu w Kołobrzegu. Osobiście nie mogę strawić 'Widziałem', ale z drugiej strony jest bit od 'Opowiedz mi o swoich planach', który przeniósł mnie wręcz do ery cyberpunka. Równie nieprzyzwoicie brzmi osadzenie 'Podaruj mi trochę słońca' na tym pulsującym, syntetycznym basie, na bazie elektrycznych gitar i organów Hammonda. Jest tu bardzo równo, intrygująco, choć nie zawsze w pełni satysfakcjonująco.   
    Bisz rośnie na geniusza sceny, bez kitu. Nie dość, że jego nienaganna technika idealnie płynie po bitach, to jeszcze jego teksty są przemyślane i tak zgłębione, że ciężko to ogarnąć za pierwszym razem. Ile razy bym płyty nie słuchał, za każdym razem wpada mi w ucho coś nowego, kolejny hasztag, kolejny przytyk do szeroko pojętej kultury światowej. 'Wśród przeciętnych głów mam magiczną dynię #Kopciuszek \ Moja gwiazda nie prowadzi, lecz odsyła dalej #asterysk \ Chcesz chłodnych kalkulacji? - Odradzam Ci się jak Feniks \ Życie zamęczyło mnie, więc zamęczę je ja \ Przejdę do historii z klasą nim przejdę do Playa \ Jeśli ktoś Ci wciśnie bubel, jedno pewne: nie ja \ Nawet jeśli wbijam w Ciebie Babel, weź nie peniaj'. Przy tych tekstach warto mieć przed nosem tekst, żeby przyswajać to, co mówi Bisz. Rzeczywiście, jest to mocno intelektualne, ale nie powiem, żebym nie rozumiał, o co chodzi. Wręcz przeciwnie, przekaz wydaje się dość jasny, a hasztagi, choć często zaskakują, są przejrzyste. Jasne, jak ktoś nie skończył podstawówki to odniesienie do 'Idioty' Dostojewskiego nic mu nie powie - a może właśnie powinno... I doskonale, że nie ma tu gości, bo któż ma Biszowi dorównać kroku w tym labiryncie?
    To płyta pełna, by nie rzec spełniona. Podoba mi się dużo bardziej, niż 'Pchamy ten syf', Bisz wzlatuje naprawdę wysoko. Kawałki, które wywarły na mnie największe wrażenie, to 'Mindfuck' i 'Opowiedz mi o swoich planach', ale dobrych jest tu sporo. To płyta, którą należy obadać, bo jest tego warta - zwłaszcza Bisz. Ale na pewno nie jest to płyta roku.

OCENA: 5-\6